poniedziałek, 16 stycznia 2012

Lęk przed kiczem


Kicz, czyli pojęcie bardzo kontrowersyjne i względne. Większości z nas kojarzy się ono jednoznacznie w sposób pejoratywny. Czy jednak negatywny obraz kiczu powinien być jedynym jaki posiadamy?

Przyjrzymy się chociażby jak pojęcie kiczu zmieniało się wraz z upływem czasu. Książkowym przykładem może być  początek tworzenia się opery buffa i wyróżniająca się z niego twórczość wybitnego kompozytora, jakim niewątpliwie był Mozart. Krytycy muzyczni tamtego okresu ocenili jego dzieła  jako niewarte uwagi, bezwartościowe i nastawione na zdobycie sympatii tłumów.  I owszem, dzieła tego kompozytora cieszyły się wówczas ogromną popularnością i uznaniem wśród wiedeńskiej widowni. Nazywanie kiczem muzyki Mozarta w tamtym okresie czasu było normalnością, dziś byłoby wielkim nietaktem.

Szukając bliższego nam odniesienia, dochodzimy przykładowo do Madonny i początków jej twórczości. Od początku swojej działalności artystycznej była oskarżana o opieranie kariery na skandalach, szokowaniu i kontrowersyjnym wizerunku. Oczywiście Madonnie trudno przypisać wyróżniające się umiejętności wokalne, jednakże krążki takie jak „Like a Virgin” czy „Ray of Light” to jedne z najlepszych albumów popowych i pod względem kompozycyjnym, i pod względem produkcji czy konceptu jako całości. Niestety wiele osób nie jest w stanie tego dostrzec. Być może wynika to z pruderyjności i hipokryzji, być może po prostu z niewiedzy muzycznej. Nie mówię w tym momencie, że każdy ma obowiązek Madonnę uwielbiać, mówię tylko o zachowaniu choć odrobiny obiektywizmu przed sformułowaniem jednoznacznego osądu. To przykre, że w dalszym ciągu większość naszego społeczeństwa ma problem z oceną bardziej skomplikowaną niż „To mi się nie podoba BO TAK I KONIEC!”. Śmiało można stwierdzić, że wobec Madonny słowo kicz było i jest w dalszym ciągu bezsensownie nadużywane.

Wiele form sztuki współczesnej często ociera się o kiczowatość. Kolekcje kultowych domów mody takich jak Versace czy Dolce&Gabbana często balansują na granicy przesady. Mimo tego zupełnie odpowiednim było użycie słowa „kultowe” w poprzednim zdaniu. Kicz nierozerwalnie wiąże się także z nowatorstwem. Pokazy Gareth’a Pugh’a, Rick’a Owens’a, domu mody MUGLER, czy też kolejne szalone kreacje Lady Gagi zazwyczaj wywołują kontrowersje i mieszane uczucia. Dla niektórych ten sposób łamania konwencji jest wyrazem braku gustu i wyważenia, dziwactwem. Co jednak jeśli za kilka dziesięcioleci dzieła tych osób staną się klasyką i będą postrzegane jako konwencjonalne? Pojęcie dobrego smaku bezustannie ewoluuje, czy więc powinniśmy nim szachować tak jak robi się to w tym momencie?

Czytając ten tekst do tego momentu, można by wywnioskować, że uważam kicz za coś pozytywnego, że bez odrobiny kiczowatości nie da się stworzyć czegoś wybitnego. Nie to mam na myśli, nie to jest moim celem!  Nie mówię przecież, że WSZYSTKO co obecnie uważamy za kicz kiczem nie jest. Chcę po prostu zwrócić uwagę na pewien wręcz idiotyczny fenomen dzisiejszych czasów, który z tematem kiczu i popularności jest ściśle związany. Coraz więcej mówi się o subkulturze hipsterów, czyli ludzi, którzy starają się być jak najmniej mainstreamowi, jak najbardziej uciec od domniemanego kiczu, nie chcą być zaszufladkowani w jakikolwiek sposób czy ubierają się w sposób anachroniczny. Na ogół słuchają muzyki indie, alternatywnego rocka i ogólnie artystów niezależnych.

Nie chcę oceniać tej subkultury przez pryzmat słów dobre/złe. Nic nie jest tylko czarne lub białe, wszędzie pojawiają się szarości. Styl vintage jest zajebisty, a wśród artystów niezależnych można znaleźć prawdziwe perełki. To co w ideologii hipsterów wydaje się być dla mnie idiotyczne, to ten strach przed mainstreamem. LĘK PRZED KICZEM. Znam osobiście hipsterów, którzy przestawali słuchać danego artysty bo ten stawał się popularny. Znam jeszcze więcej osób, którym słowo pop nie może nawet przejść przez gardło i wszystko co w tym gatunku zostało stworzone uważają za gówno. Co z tego, że w obecnych czasach wielu artystów (Mylene Farmer, Madonna, Michael Jackson, Celine Dion, Robyn, Kylie Minogue, Shakira etc. etc.) tworzy pop na wysokim poziomie, często kompozycyjnie przewyższający utwory zespołów indie? Przecież pop to mainstream, wiec pop to shit i nic tego nie zmieni… Przykre.

Fakt, iż dana twórczość znajduje uznanie dużej grupy ludzi nie świadczy o niej w żaden sposób, nie robi jej lepszą ani gorszą. Hipsterzy nie chcą być szufladkowani, ale tak naprawdę szufladkują sami siebie. Nie chcą być stereotypowi, ale posługują się stereotypem. Odrzucanie wszystkiego co jest trendy i uważanie tego za kicz to narzucanie sobie samemu sztucznych ograniczeń.

Przecież im mniej bezsensownych ograniczeń, a im więcej emocji i uczuć, tym więcej przyjemności z życia. :)

Na koniec, przekornie, trochę hipsterowskiej muzyki niezależnej. :)




3 komentarze: